środa, 18 marca 2015

Mój hit do oczyszczania twarzy - północne mydło detox.

Dziś recenzja kosmetyku, który towarzyszy mi już od dobrych kilku miesięcy. Byłam zaintrygowana tym mydełkiem, odkąd zaczął się pojawiać w blogosferze z bardzo pochlebnymi opiniami (np. efekty uzyskane przez Blankę). Później niektórzy się do niego zniechęcili, bo zmienił się skład. Faktycznie, przed zmianami był świetny, na pierwszym miejscu widniał olej z rokitnika. Teraz jest na miejscu siódmym, po zapachu - tam też wylądowało więcej dobrych składników. Nie wypowiem się na temat tamtego składu, może i mydełko było wtedy sto razy lepsze, ale jak dla mnie - teraz też jego działanie jest imponujące ;-) Z tego co wiem, na Wschodzie nadal można kupić tamtą wersję.


Pojemniczek jest piękny, elegancki, prezentuje się bardzo gustownie. Do mydła dołączona jest gąbeczka, o której na początku nie wiedziałam, że gąbeczką jest :-D Była twarda jak kamień i wysuszona na wiór, więc głupio pomyślałam, że to jakaś podkładka ... :-P Rzecz jasna po zmoczeniu robi się normalną, delikatną gąbeczką ;-) Wg producenta służy do nakładania oraz zmywania mydła, ale mnie to nie przekonuje. Kosmetyk nakładam tradycyjnie palcami, a jedynie zmywam gąbeczką.


Zapach jest słodki, marcepanowy, mnie skojarzył się z makowcem, za którym nie przepadam ;-) Ale większość będzie zachwycona. Konsystencja jest naprawdę ciekawa, aż trudno ją opisać. Dość zbita, raczej twarda, łatwo ją rozsmarować, ale jest taka szorstka w dotyku, jakby zawierała ostre drobinki. 


Nie jest to kosmetyk do codziennego stosowania. Producent zaleca 2x w tygodniu i wyjątkowo w tym wypadku słucham się producenta ;-) Mydełko gwarantuje mocne, dogłębne oczyszczenie cery. W składzie jest węgiel (coal), który wchłania mniejsze i głębsze zanieczyszczenia z porów skóry.
Zastanawiałam się na początku, czy przy kuracji izotekiem nie zaserwuję skórze zbytniego wstrząsu, ale nic złego się nie dzieje. Jasne, skóra jest napięta i podsuszona, ale tonik i krem załatwia sprawę. Podrażnienia, zaczerwienienia nie odnotowałam. 


Pamiętam pierwsze zastosowanie. Byłam w szoku, bo moja twarz wyglądała, jakbym pierwszy raz w życiu ją porządnie umyła :-D :-D Naprawdę, aż przypomniał mi się filmik reklamujący mydło :D
Była gładka, jasna, rozświetlona...Czysta najbardziej pasuje ;-)) Naprawdę byłam zachwycona. Jednak rzadko kiedy widać od razu taki efekt. Do teraz widzę, jak ładnie cera wygląda po użyciu mydełka, ale tego pierwsze efektu wow nic nie przebije ;-) Nie zauważyłam żadnych minusów.

Na początku tylko tradycyjnie myłam twarz, później zaczęłam zostawiać na kilka minut jak maseczkę. Efekty są lepsze. Ale można spróbować stosowania na różne sposoby:

a)zwykle mycie, chwila masażu i zmywanie
b)dłuższy, dokładny masaż - trochę jak peeling i zmywanie
c)zostawienie na twarzy jak maseczkę i zmycie

Warto spróbować, co nam najbardziej odpowiada i wziąć pod uwagę wrażliwość naszej cery. Wypróbowałam go także do mycia włosów i ciała, gdzie również sprawdza się świetnie. Włosy były baaardzo błyszczące, a skóra gładka i mieciutka, ale zwyczajnie mi go szkoda, żeby zbyt często używać go do innych celów niż cera :-)

Z konkretów - mydło ma 120 gramów i kosztuje 40-50 zł, w zależności od sklepu. Jest w większości sklepów internetowych z rosyjskimi produktami. Ja go mam z wymiany, więc mi się udało ;-) Co do ceny - tak, jest drogo, ale mydło starczy nam na wieki. Ja go mam od pół roku i nie ubyła nawet 1/4. Maleńka ilość - widoczna na palcu na zdjęciu - wystarczy do pokrycia twarzy. 


Zainteresowane? Tak mi wpadło do głowy - jeśli któraś z Was chciałaby się wymienić na odlewkę tego mydełka w zamian za odlewkę czarnego mydła Agafii, którego wciąż nie miałam okazji wypróbować - bardzo chętnie. A w Krakowie osobiście to już w ogóle ;-) W sumie zważywszy na koszty przesyłki, to nawet wolałabym tę opcję. 






czwartek, 26 lutego 2015

Aktualizacja włosów luty iii nowa domowa wcierka :)

Do zrobienia nowych zdjęć włosów zdopingowała mnie moja nowa domowa wcierka - chciałam uchwycić dokładnie ich długość, żeby później móc porównać efekty. Okazało się, że to był wyjątkowo ich dzień - nie chcę być nieskromna, ale moim zdaniem to jedno z najładniejszych ich zdjęć :-P 


Nie użyłam niczego specjalnego - umyłam szamponem Green Pharmacy z żeń-szeniem (ładnie pachnie) i na ok. 5 minut nałożyłam maskę mleczną z Bingo. Ogólnie - nic szczególnego. Rzecz jasna, jak chcę, żeby wyjątkowo ładnie wyglądały, kończę ze smętnie wiszącymi strąkami :-D Standard. Na tym zdjęciu wyjątkowo fajnie mi się układają w kształt U, co nie zawsze widać, wystarczy choćby spojrzeć na zdjęcie ze stycznia - wyglądają na krzywe. 
Jak były już prawie suche, podsuszyłam je jeszcze na moment z pochyloną głową na przemian zimnym i cieplejszym nawiewem - chyba temu zawdzięczam objętość. Powinnam częściej jej używać... ;-)

wszystkie zdjęcia z lampą

Porównanie po miesiącu - wydaje mi się, że odrobinę urosły, ale szału nie ma. Ale w sumie nie używałam nic nowego, kończyłam serum łopianowe. 

W pustej butelce wylądowała nowa wcierka, o której myślałam od jakiegoś czasu. Mianowicie zrobiłam sobie cebulowo-czosnkową miksturę, o której słyszałam wiele dobrego - dziewczyny odnotowywały przyrosty nawet 3-4 cm na miesiąc. 

kobieta.fakt.pl

Najwięcej problemu sprawiło mi, w jaki sposób wydobyć sok z czosnku. Wyciskanie praską nie skończyło się dobrze - złamałam rączkę i rozbiłam szklankę :-P Poza tym to strasznie uciążliwe, czosnek nie zawiera dużo soku. Zdecydowałam się więc na łatwiejszą wersję - zmiksowałam pokrojoną cebulę i czosnek w blenderze, odlałam do słoika i zalałam wodą pokrzywową (ok. 30 ml) z denatem na pierwszym miejscu - w celu zakonserwowania. Później wylałam to na gazę i wyciskałam. Wyszło mi ok. 150 ml wcierki, do której jeszcze dodałam dla fantazji odrobinę innych wcierek - Joanna Rzepa i Seboradin z rzepą i żeń-szeniem. Pod ręką miałam olejek herbaciany, więc również wpadło kilka kropel. Teraz wyobraźcie sobie, jak to wszystko pachniało :-D Wymyśliłam, że dla złagodzenia zapachu dam trochę soku z cytryny, który również ma wiele dobrych właściwości. Szczerze - wiele nie pomogło, czosnek i cebula zdecydowanie wybijają się na 1 miejsce ;-))

Mam już za sobą trzy aplikacje i co mogę powiedzieć. Śmierdzi. Nie ma szans, żebym nałożyła to na głowę i gdzieś sobie beztrosko wyszła. Miałam nadzieję, że może te pozostałe składniki trochę złagodzą zapach i intensywność, ale nie. Odpada w ogóle stosowanie jej na noc czy na więcej godzin - cały pokój pachnie czosnkiem :P Zostaje mi więc używanie jej tylko przed myciem, 2-3h... Mam nadzieję, że to wystarczy, żeby zadziałała. Szkoda, bo to też znaczy, że nie będę mogła jej używać codziennie. 

Za miesiąc - relacja i porównanie ;)






środa, 25 lutego 2015

Tydzień amerykański w Lidlu i odzież trekkingowa.

Miałam ten post zamieścić w poniedziałek, ale jak zwykle jestem opóźniona. Miałoby to więcej sensu, bo to właśnie od poniedziałku ruszył tydzień amerykański w Lidlu, który połączył się też z rzuceniem odzieży trekkingowej. Ogólnie nie jestem fanką Lidla, bywam tam baaardzo rzadko, nie mam tam żadnych ulubionych produktów. Wiedząc też, co się w nich dzieje, gdy wystawiają odzież w atrakcyjnych cenach, również mnie nie zachęcało do odwiedzin. 

Ale teraz wyjątkowo się złamałam ;) Bardzo potrzebowałam jakiejś kurtki i bluzy w góry, bo bez droczenia się - nie miałam co ubrać na takie wypady. Co prawda na taką niesamowitą pogodę, jaka była dwa tygodnie temu w Tatrach, nie trzeba było ubierać się szczególnie grubo, ale...


sytuacja lekko się zmieniła, gdy słońce się schowało :-D



Głównie więc chciałam upolować kurtkę , o której można przeczytać więcej pod linkiem i lekką bluzę polarową. Ceny niskie - kurtki za 65 zł, bluzy za 40, ale też wiadomo, że marka Crivit to nie jest siódmy cud świata ;-) Ponieważ dla chłopaka chciałam wziąć to samo, czekało mnie stawienie się przed Lidlem punkt 8 rano ;-) To był mój pierwszy raz, bo szczerze nie cierpię takiego wyczekiwania, napięcia, a potem rywalizowanie z tłumem o towar :-D Ale w sumie byłam ciekawa, czy faktycznie te oferty Lidla cieszą się taką popularnością, że aż ludzie stoją pod drzwiami? Okazało się, że tak - za 10 ósma było już około dziesięciu osób, po kilku minutach - dwa razy więcej. I zdecydowana część ruszyła po odzież trekingową (gdybym była naiwna, pomyślałabym, jak to pięknie, że mamy taki usportowiony naród ;)). Dla siebie znalazłam dość szybko kurtkę w dwóch kolorach, które mnie interesowały, ale znalezienie czarnej męski kurtki w najmniejszym oferowanym rozmiarze już łatwe nie było. W pewnym momencie pomyślałam, że chyba w ogóle nie ma tego rozmiaru w tym kolorze, w sumie najpopularniejszym dla faceta. 

Z bluzami problemu nie było, na nie mniej się ludzie rzucili. Ostatecznie wróciłam do domu obładowana jak słoń, bo przy niektórych rzeczach potrzebowałam kolorystycznej drugiej opinii :P

do tego trzeba dołożyć drugie tyle dla chłopaka...

Ostatecznie zdecydowałam się na zostawienie sobie pomarańczowej kurtki (lubię niebieski, ale ten był jakiś wyblakły i wyglądałam w nim blado) i bluzy widocznej na zdjęciu (chyba najbardziej mi się podoba, jest milutka w dotyku i później kupiłam sobie jeszcze drugą w szarym kolorze). Resztę oddałam, ta fioletowa bluza nie do końca mi podeszła. 

Ogólnie jestem zadowolona, jak za taką cenę ubrania wydają mi się w porządku. 

Oprócz ubrań, nie mogłam nie skorzystać z chyba największych hitów tygodnia amerykańskiego - lodów i masła orzechowego ;-))


Nie jestem wielką fanką lodów, te sklepowe mi w ogóle nie smakują. Jak już jem, to w takich miejscach, gdzie przykładają się do ich naturalności, jak na Starowiślnej w Krakowie albo na Podgórzu. Ale o tych lodach z masłem orzechowym legendy już słyszałam, więc skusiłam się na dwa kubełki. Niestety, potwierdzam, SĄ PRZEPYSZNE. ;-)) Pełno kawałków orzechów, wyczuwalny smak masła orzechowego - można się nieźle zamulić. Te czekoladowe są dobre, ale już dupy nie urywają, na pochwałę zasługują duże kawałki czekolady (znalazłam nawet pół kostki). Cena - 7.77/500ml.

No i masło. To Crunchy ze względu na zawartość orzechów - 95% jest jednym z najlepszych na rynku. Druga wersja tego masła, Smooth, ma 93% orzechów. Nie mam wielkiego porównania z innymi masłami, bo nie jestem jakąś szczególną wielbicielką, masło kupiłam ot tak, żeby podjadać od czasu do czasu łyżeczkę. Jest jednak bardzo dobre, chrupiące, zamulające do tego stopnia, że mi wystarczą dwie łyżeczki naraz. I może dobrze, cały słoik ma ok. 2700 kcal :D Cena za masło jest bardzo dobra, 8.88 za 454g. Na sklepowych półkach znajdziemy raczej słoiczki 350 g za 10-11 zł mniej więcej.
Niestety to masło możemy dopaść tylko w tygodniach amerykańskich, które wypadają mniej więcej 3 razy w roku?


O ile z odzieżą trekkingową już może być problem, żeby coś dostać (choć to też zależy od stopnia oblegania Lidla i zainteresowania), to z lodami i masłem chyba nie powinno być problemu. U mnie było tego mnóstwo.

Dajcie znać, co Was zainteresowało! ;-))



środa, 4 lutego 2015

Serum łopianowe z aktywatorem wzrostu - plusik dla Elfa Pharm!

 Elfa Pharm jest przede wszystkim znana z kosmetyków Green Pharmacy, które raczej nie zdobyły mojego serca. Nie mówię, że są złe, ale po prostu przeciętne, nie mam z tej marki żadnego swojego faworyta. Jakiś czas temu jednak pojawiła się nowa linia kosmetyków Intensive Hair Therapy, z formułą przeciwko wypadaniu włosów. A że lubię niedrogie nowości, wrzuciłam do koszyka widoczne poniżej serum łopianowe, czyli jak dla mnie - po prostu wcierkę ;-)


100 ml buteleczka z atomizerem, czyli wygodne rozwiązanie. Ja co prawda nie przepadam za psikaniem po skórze głowy, wolę tradycyjnie masować palcami, ale czasem na szybko zdarzyło mi się też wypsikać i wymasować głowę ;-)


Myślałam na początku, że to serum będzie miało cięższą konsystencję, ale nic z tych rzeczy. Pachnie baaardzo ładnie, o ile oczywiście lubimy ziołowe, nieco lekarskie zapachy :-) Mnie bardzo podszedł do gustu. 
Według opisu wystarczy go stosować 3-4 razy w tygodniu - mnie się zdarzało częściej, ale miałam też czasem kilka dni przerwy z zapominalstwa. Widzę też, że zalecany okres kuracji to 2 miesiące, a u mnie już trwa 3,5 :-D Oj tam, dwa miesiące wte czy wewte, kto by na to patrzył ;-))


W składzie oprócz mocy ekstraktów znajdzie się też całkiem wysoko alkohol - mnie to nie przeszkadza, bo takie wcierki nawet lepiej na mnie działają. 


Jak efekty?
Jak wspomniałam, używam go od 3,5 miesiąca i już mi się prawie kończy. Codziennie na pewno nie lądował na głowie, bo zapominałam, ale myślę, że 4 razy w tygodniu spokojnie. Używałam go zarówno na suche jak i mokre włosy. 
Na jesień trochę mi wypadały włosy, ale serum szybko to ukróciło. Za co przede wszystkim mogę go pochwalić po tych prawie 4 miesiącach, to realne zadziałanie na cebulki, wyrosło mi mnóstwo nowych włosów, co starałam się uchwycić na zdjęciu. Czuję, że zgęstniały. 
Nie odnotowałam jednak jakiegoś szczególnego przyrostu włosów, chyba rosły w swoim tempie. 


Podsumowując: jestem zadowolona, dobry kosmetyk za niską cenę (ja kupiłam za 13.59 w Jasminie). Jeszcze kiedyś pewnie do niego wrócę, teraz muszę wygrzebać z zapasów co mam jeszcze do wcierkowego zużycia ;-)

............................................................................................................................

I z innej parafii...


Piękne niebo było wczoraj w Krakowie :)




I taką suszarkę kupiłam sobie w Lidlu - rzadko suszę włosy, ale tu mnie skusiła funkcja zimnego nawiewu. Za 35 zł wydaje się całkiem ok, no i ma 3 lata gwarancji ;)





środa, 21 stycznia 2015

Aktualizacja włosów - styczeń.

Czas leci, zorientowałam się, że od października nie robiłam aktualizacji włosów. Tym razem bez porównania, bo wkurzyłam się, że nie widać żadnego przyrostu ;-) Więc macie tylko dwa te same zdjęcia, jedno z włosami bardziej roztrzepanymi i 'ulizanymi' ;-)


Co do tego przyrostu, wiem, że jakiś musi być przez te 3 miesiące, bo czuję i widzę, że włosy są dłuższe. Niestety na zdjęciach porównawczych kompletnie tego nie widać ;) 

Ogólnie jestem dość z nich zadowolona, bo nie sprawiają większych problemów. Stały się bardziej suche przez Izotek, więc myję je rzadziej. Mogę sobie nawet pozwolić na nałożenie odrobiny olejku na suche włosy, a one go wchłaniają jakby nigdy nic, zamiast się przetłuścić, jak za dawnych czasów. Nie wypadają, a dzięki tej wcierce poniżej trochę zgęstniały :) Końcówki są nadal w dobrym stanie, nie rozdwajają się i liczę, że podetnę je dopiero po wakacjach. Niech wreszcie trochę urosną... ;)



Naprawdę dobry kosmetyk, jestem mu wierna od kilku miesięcy i jeszcze nie zużyłam. Niedługo zrobię recenzję. Realnie wpływa na zagęszczenie włosów i zahamowanie wypadania. 

Oprócz tego, nie wprowadziłam nic nowego do pielęgnacji - zużywam stare kosmetyki. Aha, kupiłam tę zachwalaną maskę z Isany Effektiv - Kur Oil Care za 4.99, jest ok jak za taki tani kosmetyk, ale nie można powiedzieć, żeby cuda robiła na moich włosach. Myślę, że na moich ''starych'', przetłuszczających się włosach już w ogóle nie zrobiłaby wrażenia, obciążyłaby je błyskawicznie. Poza tym gdzieś przeczytałam, że ma być wycofywana, więc lepiej się nie przywiązywać :D


Dziś planujemy z chłopakiem wybrać się na te krakowskie zapiekanki:


Nigdy tam nie byliśmy, bo zawsze, jak mijaliśmy tę budkę, było już zamknięte ;-) Uwielbiam zapiekanki, jadłam je już w wielu miejscach w Krakowie, ale i tak uważam, że żadne nie dorównują tym z mojego rodzinnego miasta :) Zobaczymy, jak w tym przypadku!

Miłego wieczoru!



piątek, 9 stycznia 2015

Moja kuracja izotretynoiną - relacja z pierwszych 3 miesięcy. Cz.2.

Czas na 2 część notki o moich doświadczeniach z przyjmowaniem Izoteku. Tu opisałam moją historię walki z trądzikiem, a dziś chciałam się skupić na konkretach związanych z zażywaniem tego leku.

Od czego zacznę... Mówi się, że izotretynoina jest ostatnią deską ratunku w leczeniu trądziku. Zgadza się, jest to lek inwazyjny i należy rozważyć wszystkie za i przeciw przed podjęciem decyzji. Ja przekopałam Internet wzdłuż i wszerz, czytałam wielostronicowe wątki na forach i mogę powiedzieć, że byłam po tym gotowa na wszystko ;-) Warto wiedzieć wszystko o przyjmowanym leku, ale też zalecam dystans. Nie wszystko co przydarzyło się kasi18 musi przydarzyć się tobie. Reakcja na izotek jest indywidualna i tak jak możesz doświadczyć wszystkich skutków ubocznych opisanych w ulotce, równie dobrze możesz przejść kurację bardzo łagodnie. Ja np. byłam pewna, że będę wysuszona na wiór z superłuszczącą się twarzą, a do tej pory się nie łuszczę ;)

A jeśli przestraszysz się ewentualnych skutków ubocznych i zrezygnujesz na rzecz innych sposobów - spoko :) Jak dla mnie jest to swojego rodzaju kuracja dla zdesperowanych, którym już kompletnie wszystko jedno, byleby tylko pozbyć się tego potwora ze swojego życia. Sama nastawiałam się psychicznie kilka miesięcy na tę kurację, ale teraz żałuję, że zdecydowałam się tak późno. 


Od czego zaczynamy? 
Oczywiście od pójścia do dermatologa, który przeprowadzi z nami wywiad m.in o tym, czym dotychczas leczyliśmy trądzik. Żaden lekarz nie powinien przepisać Izoteku (tak będę potocznie pisać o tym leku), jeśli pacjent nie przeszedł bezskutecznie kuracji retinoidami zewnętrznymi (maściami, żelami itd) przynajmniej przez rok, dwa oraz antybiotykiem wewnętrznym. Trzeba też wykluczyć problemy hormonalne. 

Ja po 8 latach trądziku miałam można powiedzieć, 'przerobione' już wszystko ;-) Chciałam już tylko i wyłącznie izoteku, ale najpierw poczekałam na opinię pani dermatolog. Po oglądnięciu mojej twarzy, czoła, dekoltu i pleców i dowiedzeniu się, ile mam lat, od razu zaproponowała leczenie izotekiem. Stwierdziła, że to już jest trądzik osoby dorosłej, o którym szerzej możecie przeczytać np. tutaj. Faktycznie zgadzało się bardzo wiele. Podczas wizyty dermatolog spytała mnie też, czym się nakremowałam i trochę się zdziwiła, jak powiedziałam, że niczym... Musiałam się pięknie świecić, aż taki miałam łojotok ;) Czułam się wtedy okropnie, miałam wysyp nawet tam, gdzie nigdy w życiu nie miałam - na plecach, wyżej na policzkach, strefy przedtem nietknięte trądzikiem. A włosy...Tragedia. Przetłuszczały się tak niesamowicie, że musiałam myć codziennie. Wypadało ich też więcej niż zwykle. 

Do rzeczy! Na 1 wizycie nie dostałam z marszu recepty, a skierowanie na badania - morfologia, cholesterol, próby wątrobowe, dwa testy ciążowe - z moczu i krwi. Z wynikami miałam się zgłosić i dopiero wtedy rozpocząć leczenie. Załatwiłam to szybko, wyniki były dobre i bez problemu dostałam receptę - na początek 20 mg dziennie przez miesiąc, co jest taką bezpieczną, wyjściową dawką.

Dawka i czas kuracji.
Ustala lekarz. Ogólnie chodzi o to, że trzeba przyjąć określoną ilość izotretynoiny na kg ciała, żeby uznać kurację za zakończoną. Ta dawka skumulowana powinna wynosić 120-150 mg/kg masy ciała. Kuracja może trwać kilka miesięcy, jeśli codziennie będziemy przyjmować duże dawki leku, może trwać rok i więcej, jeśli taka jest wizja lekarza, że woli przepisywać mniejsze dawki. No i trzeba uwzględnić, że organizm różnie może przyjąć izotek, różne skutki uboczne, zmienianie dawki w trakcie kuracji z większą na mniejszą, to wszystko wydłuża leczenie.

U mnie dermatolog miała zdrowe podejście, które mi osobiście odpowiadało. Założyła leczenie na ok. 7 miesięcy, żebym, jak to ujęła - ''przed wakacjami miała już spokój'' ;-) Zaczęłyśmy od 20 mg na dzień, w następnym miesiącu 30 mg, aż stanęłyśmy na dawce 40 mg, na której jestem już 2 miesiąc. Również mi zależało, żeby brać w miarę duże dawki, bo nie miałam ochoty pierdzielić się z tym izotekiem nie wiadomo jak długo ;)

Badania i dieta.
Co miesiąc dostawałam skierowanie na badania, żeby sprawdzić, jak organizm znosi lek. U mnie tylko cholesterol podskoczył lekko ponad normę, ale jest to uważane za normalne przy przyjmowaniu izotretynoiny. Powinno się w tym czasie uważać na tłuste jedzenie, fast-foody, niewskazane jest również dostarczanie w nadmiarze do organizmu witaminy A, bo już sama izotretynoina jest pochodną witaminy A.

Ja jakoś nieszczególnie zmieniłam swoje życie ;-) Może po pierwszych badaniach, jak podskoczył mi cholesterol, starałam się polepszyć dietę, ale później ... nie myślałam o tym ;-) Jadłam normalnie, jak zawsze, nie mam jakichś strasznych nawyków żywieniowych, więc nie popadałam w paranoję. Nie powinno się też pić alkoholu w nadmiarze (szkoda wątroby, która już swoje przeżywa). Ja od czasu do czasu wypije jakieś wino czy piwo, w małych ilościach. 

Skutki uboczne.
Chyba najbardziej dla wszystkich interesujące ;-) No cóż, czego można się spodziewać? Nie będę kopiowała ulotki leku, jeśli kogoś interesuje - tutaj dowiecie się wszystkiego :) Najpowszechniejsze skutki uboczne to suchość skóry, oczu, nosa, ust, bóle głowy, mięśni, uczucie zmęczenia i 'połamania', może pogorszyć się nieznacznie wzrok, izotek może też trochę namieszać w cyklu miesięcznym.
Ale o czym przede wszystkim należy pamiętać, najbardziej niebezpieczne działanie izotretynoiny to jej teratogenność - uszkadza płód. Dlatego zajście w ciążę w trakcie kuracji i miesiąc po jej zakończeniu jest absolutnie zabronione. Przed rozpoczęciem leczenia przedstawia się ujemny wynik testu ciążowego (z krwi) i podpisuje oświadczenie, w którym zobowiązuje się do stosowania skutecznej antykoncepcji w trakcie brania leku. Lekarz może, ale nie musi, oczekiwać przedstawiania co miesiąc aktualnego testu ciążowego.

Jak było u mnie z tymi skutkami ubocznymi? 

Przez 1 miesiąc (20mg) nie działo się praktycznie nic złego, a wręcz przeciwnie. Cera ładniała z dnia na dzień, wyskakiwały mi niewielkie krostki, które nie miały nic wspólnego z bolącymi gulami z przeszłości. Nie doświadczałam żadnej suchości, przez ten 1 miesiąc nawet rzadko kremowałam twarz - w ogóle nie czułam takiej potrzeby. Po 3 tygodniach zauważyłam, że moje włosy przestały się przetłuszczać i są wprost zajebiste ;-) Mogłam je myć co 3-4 dni, co dla osoby, która całe życie miała przetłuszczające się włosy jest swego rodzaju szokiem :-D Dobrze się układały, zrobiło się ich jakby więcej (pewnie przez to, że nie były oklapłe), nie wypadały - włosy lubią izotek ;-))

2 miesiąc 30 mg - zaczęłam już powoli odczuwać działanie leku. Przesuszał mi się nos w środku, usta, musiałam już częściej nawilżać twarz, bo budziłam się rano z uczuciem lekkiego pieczenia. Nie występowało żadne łuszczenie twarzy. Trochę bolały mnie nogi, rano byłam połamana. Dużo spałam, ale ciężko powiedzieć, czy to przez izotek. Jeśli wyskoczyło mi coś na twarzy, goiło się bardzo długo, bo na izotekowej skórze w ogóle wszystko się ciężko goi. Na plecach pojawiły mi się wielkie, bolące gule - dziękowałam Bogu, że twarz została oszczędzona ;)

3 i 4 miesiąc 40 mg - no na 40 to już mogę powiedzieć, że COŚ się działo ;) Przede wszystkim suchość, suchość, suchość ... Nawet nie twarzy, którą już codziennie smarowałam Cetaphilem, ale nosa i ust. W nosie cały czas miałam bolące strupy, usta popękane i przesuszone i niestety oczy też nie zostały oszczędzone. W połowie grudnia miałam często uczucie piasku w oczach, rano miałam kompletnie sklejone powieki. Kropelki nawilżające niewiele pomagały i pod koniec grudnia poszłam do lekarza z zapaleniem spojówek. No mogę powiedzieć, że to na razie najbardziej nieprzyjemny skutek uboczny, który mnie spotkał ze strony izoteku, ale wiem, że sama też jestem sobie winna - zacierałam oczy, zaniedbałam trochę ten przesusz. W tym momencie już jest w porządku, dostałam kropelki z antybiotykiem i żel nawilżający i jestem wyleczona, po prostu nie można zaniedbać regularnego nawilżania. 

Za to cera na 40 coraz lepsza i ładniejsza, na twarzy nic nie wyskakiwało, z pleców też wszystko zeszło. Więc są plusy i minusy większej dawki, ja nie żałuję, bo cera jest dla mnie w tym momencie priorytetem. Co do włosów, nadal fantastycznie, ogólnie nic ich nie może przetłuścić ;) Zazdroszczę dziewczynom, które naturalnie mają suche włosy, to wielka wygoda myć włosy 2 razy na tydzień ;)

Dotychczasowe efekty:

Sierpień przed rozpoczęciem kuracji i styczeń po 3,5 miesiąca leczenia.

Co jeszcze mogę napisać? Jestem na półmetku, ale już teraz wiem, że to była najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć względem mojej cery. Wiadomo, że nie jest idealnie, bo są przebarwienia, ślady, w niektórych miejscach dziurki, ale mogę powiedzieć, że w przeciągu 3 miesięcy mogę wyjść bez makijażu z domu bez uczucia wstydu, nie budzę się rano i nie oceniam z rozpaczą twarzy w lusterku, nie szukam cudownych metod leczenia trądziku, nie stosuję coraz to nowszych kosmetyków, mydełek, żelów, maseczek, witamin. Moja pielęgnacja teraz jest baaardzo znikoma, myję twarz raz dziennie żelem Facelle, kremuję Cetaphilem, czasem używam masła kakowego z Ziai, jak chcę bardziej natłuścić twarz. Nie peelinguję, bo się raczej nie powinno, od czasu do czasu używam mydła detoks, które silniej oczyszcza cerę i mi nie szkodzi. Jest różnica, wcześniej nie wiedziałam co używać, żeby mi nie zaszkodziło. 

Na pewno nie poruszyłam wszystkiego co mogłam, dlatego ew. pytania w komentarzach proszę :)

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Moja kuracja izotretynoiną - relacja z pierwszych 3 miesięcy. Zdjęcia porównawcze. Cz.1.

Dziś post z gatunku bardziej osobistych, ale mam nadzieję, że komuś może pomóc. Sama przeczesywałam Internet w poszukiwaniu historii związanych z leczeniem izotretynoiną, czyli potocznie - izotekiem. Oglądanie efektów napełniało mnie otuchą, że z trądzikiem można wygrać. Wiem, że ten lek budzi kontrowersje, uważany jest za ostatnią deskę ratunku. Kiedyś był przepisywany tylko na ciężkie odmiany trądziku, w ostatnich latach jednak mocno się to rozluźniło. Czy do dobrze, to jest pytanie, ja osobiście się z tego cieszę.

No ale żeby nie było zbyt chaotycznie (pewnie i tak będzie, sorry;) ), moja  trądzikowa historia. Uwaga, będzie długo:

Moje problemy zaczęły się w wieku 16 lat, czyli okolice liceum. Nie były to wielkie problemy, wysypywało mnie uparcie w okolicach ust i brody (jak widać ślicznie na załączonych zdjęciach). Nigdy nie miałam pryszczy na policzkach, czole, plecach, tylko wciąż i wciąż uparcie te same rejony. Nie pamiętam jednak, żebym wtedy się jakoś strasznie przejmowała trądzikiem, ale być może to wyparłam, okres liceum mocno już się zatarł w mojej pamięci :) Na pewno w liceum po raz pierwszy odwiedziłam dermatologa i przepisano mi Davercin i Isotrexin. Całkiem nieźle mi pomagały, ale nigdy nie mogłam powiedzieć, że mam idealną buźkę, zawsze coś na niej musiało być. Ogólnie mogę powiedzieć, że miałam lekki, nie wichrujący psychiki trądzik gdzieś do 22 roku życia. Byłam przyzwyczajona, że zawsze coś mam na twarzy i muszę mieć pod ręką jakieś smarowidło przed snem. 

Nieprzyjemnie zaczęło się robić właśnie gdzieś od tego czasu. Przeprowadziłam się do Krakowa, znalazłam pracę, a z cerą było coraz gorzej. Na blogu można znaleźć dużo sygnałów z tego okresu, moich narzekań na cerę, kupowanie specyfików mających pomóc. Wystarczy wejść w etykiety ''cera''. Jest jakiś pożytek z bloga, mogę mniej więcej uporządkować to wszystko ;) 2012-2013 jakoś się przemęczyłam, w wakacje byłam w Chorwacji, więc słońce znów ''pomogło'' i była chwila spokoju, a potem znów miazga :P W listopadzie byłam już tak zdesperowana i wyglądałam tak okropnie, że taadaam! Postanowiłam iść do dermatologa. Nie pytajcie mnie, czemu tak późno, nie pamiętam co mną kierowało w tym okresie. Byłam u naprawdę bardzo fajnego dermatologa, który przepisał mi Epiduo i antybiotyk Unidox. O Epiduo pisałam dużo na blogu i naprawdę bardzo mi pomógł, przeprowadziłam nim około półroczną kurację. 

I znów chwila spokoju i od wiosny 2014 ... masakra. Zaczęły mi się tak okropne problemy z cerą, jakich nie miałam nigdy. Oprócz pryszczy miałam ogromny łojotok, włosy musiałam myć wtedy codziennie. Nie poznawałam w ogóle, co się ze mną dzieje. Strasznie zaczęło mi to siadać na psychice, patrzenie w lustro było mordęgą, a nastrój uzależniony był od stanu cery. Nie dawałam sobie już z tym rady. Na początku wakacji zaczęłam myśleć poważnie o izoteku, który wcześniej był wg mnie zarezerwowany tylko dla ciężkich przypadków, a ja uważałam, że się do takich nie zaliczam. Poza tym bałam się skutków ubocznych leku. Na moją decyzję bardzo wpłynęło spotkanie znajomej, która przeszła kurację izotretynoiną. Miała tak idealną cerę, że nie mogłam uwierzyć, że kiedyś mogła mieć trądzik. Namawiała mnie, żebym się nie zastanawiała dłużej nad kuracją, jednocześnie nie ukrywając skutków ubocznych, które przyniosło leczenie.

W wakacje bardzo dużo przeczytałam na temat izotretynoiny, żeby być gotową na wszystko :) Lato było okropnym czasem dla mojej cery, więc byłam tak zdesperowana, że nawet skutek uboczny w postaci wyrośnięcia dodatkowej nogi by mnie chyba nie odstraszył ;-)) Myślę, że osoby, które walczyły z trądzikiem zrozumieją, w jakim stanie człowiek zaczyna być, że już zaczyna być wszystko jedno, byleby się pozbyć tego świństwa. Czekałam tylko do września - uznałam, że głupotą jest zaczynać kurację przed wyjazdem do Grecji, gdzie nie zamierzałam żałować sobie słońca.

17 września 2014 rozpoczęłam kurację i była to najlepsza decyzja roku 2014 ;-) 

Myślałam, że zmieszczę wszystko w jednym poście, ale moje gadulstwo spowodowało, że post się rozrósł do strasznych rozmiarów. Pozwólcie więc, że o szczegółach kuracji napiszę jutro, ale już dziś wstawię zdjęcia porównawcze, żeby nie być gołosłowną:


1- lipiec/sierpień przed rozpoczęciem kuracji. Masakra. Chyba najgorszy czas dla mojej cery w historii. Wiem, że są gorsze postaci trądziku, ale w połączeniu z drugim, nie lepszym, policzkiem, moja twarz wyglądała po prostu okropnie ... No i jeszcze czółko i plecy do całości obrazu. Miałam okropny łojotok, świeciłam się jak szalona.

2 - wrzesień - po urlopie w gorącej Grecji moja cera wyglądała lepiej, ale to klasyczna krótkoterminowa poprawa 'posłoneczna'. Nie miałam więc złudzeń, że tak zostanie. Raczej byłam pewna, że będzie sto razy gorzej na jesień, kiedy dopadnie mnie wysyp.

3- po miesiącu kuracji 20mg na dzień. Wyraźna poprawa, byłam wniebowzięta, że coś zaczyna się dziać :) Ten 1 miesiąc wspominam bardzo miło, same pozytywne rezultaty bez skutków ubocznych. Moje włosy też wyglądały wtedy wyjątkowo dobrze.

4 - grudzień, po 3 miesiącach kuracji - mimo widocznych śladów i przebarwień i tak jestem szczęśliwa - to moja najlepsza cera od wielu lat :-))


Jeśli macie jakieś pytania, chętnie odpowiem. No i mam nadzieję, że jesteście zainteresowane 2 częścią notki ;-)








wtorek, 25 listopada 2014

Najpiękniejsze włosy blogosfery - moje 6 typów.

 Nigdy nie pojawił się na moim blogu taki post, a chciałabym podzielić się z Wami moim zachwytem włosami niektórych blogerek. Czasem aż trudno uwierzyć, że takie włosy istnieją naprawdę ;-)

Nie wszystkie zdjęcia są aktualne, niektóre są sprzed paru miesięcy czy nawet roku. Wklejałam po prostu te, które mi się najbardziej podobały :)


1. Sophieczerymoja.




Jedne z najbardziej zachwycających włosów blogosfery. Długość, objętość, blask, zdrowie, to, jak się układają... Bajka :-) Chyba najbardziej zazdroszczę tej burzy włosów, czegoś takiego nie osiągnę nawet za milion lat pielęgnacji, tu już po prostu trzeba podziękować Matce Naturze ;-)

Chyba mój włosowy ideał...



2. Autorka bloga urodaiwlosy.


I w tym przypadku godna pozazdroszczenia objętość, ale także długość i kondycja włosów. Strasznie podoba mi się, jak końcówki tak lekko się wywijają. Lubię także kolor włosów autorki. 




3. Blonhaircare,


Znana oczywiście wszystkim :) Obserwuję bloga autorki prawie od początku i pamiętam, że zaczynała z włosami bardzo podobnymi do moich wyjściowo. Efekty, które osiągnęła, są oszałamiające, ja niestety niektórych rzeczy nie przeskoczę :D

Natalia ma mnóstwo pięknych zdjęć swoich włosów, trudno wybrać te najlepsze. Ja bardzo lubię efekt po koczku, kiedy są lekko pofalowane. Znów zazdroszczę objętości, ale też zawsze moją uwagę zwraca doskonały stan końcówek - ta grubość! 

Proste też są piękne. Szkoda mi tylko, że autorka rezygnuje z farbowania, bo byłam fanką tego miodowego odcienia. 



4. Autorka bloga oazawłosów.


Zachwycające włosy, przypominające te, które zdobią głowy indyjskich piękności :) Gładkość, blask, długość - piękne! Szkoda, że ostatnio autorka nie aktualizuje bloga. 


5. Minthairr.


Śliczne włosy z ogromnym potencjałem. Nie chcę wyobrażać sobie, jak będą wyglądać jeszcze dłuższe ;-) Osobiście bardziej podobają mi się w pokręconym wydaniu. 
Ogromnie podoba mi się odcień włosów. Ciepły i taki...optymistyczny ;-)





6. Kosmetyczne Alter Ego.


Bardzo zadbane włosy, 'zdrowe aż po same końce' ;-) Imponuje mi długość. Niestety, ja może takie wyhoduję przed 30, a wtedy będą mi wszyscy mówili, że w moim wieku to już nie wypada mieć takich długich ... ;-)




Oczywiście, to nie wszystkie włosy z blogosfery, które mi się podobają, ale wybierając te do postu szłam za głosem serca i pierwszą myślą ;-) Niewykluczone, że kiedyś pojawi się 2 część. 

Zauważcie, że każda z dziewczyn ma zupełnie inne włosy, ale wszystkie są urzekające na swój sposób. Ja przeglądając fotki, popadłam w kompleksy ;), mimo że lubię swoje włosy. Niektóre dziewczyny mają jednak więcej szczęścia ;-)) 

A Was jakie włosy zachwycają? Proszę o link do zdjęć, może poznam jakieś nowe blogi :)

Sorry za milion powtórzeń ''podoba mi się'' w tym poście. ;)





sobota, 8 listopada 2014

O kosmetycznym minimalizmie, czyli dlaczego już nie chcę mieć dużo kosmetyków ;)

Był czas, kiedy miałam 11 szamponów w jednym czasie. Na zdjęciu jest mniej, ale się później dokupiło. Ogólnie każda włosomaniaczka to chyba przerobiła, tę manię pt: ''kupuj wszystko, co chwalą w Internecie, może to akurat TEN produkt uratuje Twoje włosy''. Tak było. Nie mówię, że żałuję, bo w końcu żadna tragedia się nie stała ;-), ale teraz na samą myśl o pełnych szafkach kosmetyków, zamiast ukłucia przyjemności, odczuwam autentyczne... zmęczenie.



Długo mieszkałam w małym pokoju razem z chłopakiem, gdzie moje kosmetyki wiecznie wysuwały się na plan pierwszy. Mimo że były pochowane wszędzie, gdzie się tylko dało, i tak zawsze wychynęły znienacka. Nie jestem pedantką, nie odkładam od razu wszystkiego na miejsce, a takie odruchy trzeba mieć, jeśli chce się zachować porządek na małej powierzchni. Nie wspomnę o tym, że wiecznie mi wszystko ginęło i ciągle czegoś szukałam ... widziałeś ten żurawinowy krem? serum na końcówki? pęsetę? gumkę do włosów? Małe rzeczy to moja zmora, jak zgubię, nie znajdę już nigdy, a tajemnica znikających gumek poważnie mnie intryguje. Myślę, że kiedyś się dowiemy, co się z nimi naprawdę dzieje i będzie to wieść mrożąca krew w żyłach... ;-)

Zaczynałam być zmęczona tym chaosem i tym, że przestałam nad nim panować. Że mam otwarte kilka kosmetyków tego samego użytku, których termin przydatności niedługo upłynie. Że znajduję rzeczy, o których zapomniałam, że w ogóle mam. I tak jak kiedyś fajne i przyjemne było mieć dużo, później zaczęłam fantazjować o posiadaniu jednego pudełka, w którym mogłabym zmieścić cały swój arsenał kosmetyczny ;) Jeśli dodamy do tego jeszcze, że w ślimaczym tempie wszystko zużywam, nie mam zwyczaju wyrzucać i rozdawać, robi się armagedon ;) Ale wszystko jakoś się kleiło jeszcze do czasu przeprowadzki, kiedy człowiek zawsze sobie uświadamia, ile śmiecia naprodukował wokół siebie. Byłam autentycznie wkurzona na siebie, że przez mój dobytek jest dwa razy więcej roboty. 

W nowym miejscu postanowiłam wreszcie wziąć się za siebie. I za swój bałagan. No, głównie za bałagan, bo za siebie to się już nigdy nie wezmę ;) Kosmetyki po terminie, resztki, odlewki nie wiadomego pochodzenia poleciały od razu do kosza. Nie było tego dużo, bo też nie chcę przedstawiać, że moja zbieranina była przeogromnych rozmiarów - niejedna blogerka by mnie przebiła, zważywszy, że ja miałam obsesję tylko na punkcie włosów, a niektóre mają na wszystko - kolorówkę, pielęgnację, lakiery, ciuchy itd/itp. ;-)

Część rzeczy, które chcę szybko zużyć, poleciały do łazienki, żebym miała pod ręką. Niestety, jak coś włożę głęboko do szafki, zdarza się, że już sobie o tym nie przypomnę. Zauważyłam też, że mam dużo kosmetyków z resztkami, ale jeszcze szkoda wyrzucić i przez to też wydaje się, że jest więcej bałaganu, niż faktycznie. Takie właśnie rzeczy dałam do szybkiego zużycia i pozbycia się raz na zawsze.

Mój jeszcze jeden głupi nawyk i wiem, że dotyczy(ł) nie tylko mnie...Przechowywanie ładnych opakowań, pojemników po kosmetykach. Bo ładne. Bo szkoda wyrzucić. O nie, skończyłam z tym. Wszystko co puste, ląduje od razu w śmietniku. O ile czasem zostawienie sobie jakiegoś pojemniczka ma sens, na jakąś odlewkę czy wcierkę, na ogół jest to tworzenie sobie na własne życzenie bajzlu.

Po takich porządkach zrobiło się od razu czyściej, przestronniej, przejrzyściej, a ja poczułam, że wreszcie - metaforycznie - mam czym oddychać. 

''nie mam sił, żeby zrobić z tym porządek''
''nie wiem, czy to jeszcze pasja, czy już problem''
''miałam zły humor, ale po kupnie nowej szminki już mi lepiej''

To niektóre zdania z postów blogerek o kosmetycznych kolekcjach. Myślę, że część, tak jak ja, w końcu dojdzie do tego, że jest zmęczona taką ilością rzeczy i coś zmieni, ale część - wg mnie, ma już problem z zakupami. Moim zdaniem, jeśli się kupuje notorycznie po to, żeby rozładować zły nastrój (nie mówię o sporadycznych wypadach), jeśli lekarstwem na samotność, pustkę ma stać się nowy podkład czy torebka, to coś jest mocno nie tak. Ile może trwać to pocieszenie się jakimś przedmiotem? Nie wiem, dla mnie mocno niepokojące są teksty typu ''najlepszym sposobem na chandrę są zakupy'', choć oczywiście przecież zawsze są ''tylko'' żartobliwe...

Uff ;-) Na zakończenie napiszę, że mam nadzieję, że przy następnej wyprowadzce zabiorę się tylko z jednym pudełkiem ;-))

A Wy co o tym myślicie? Zrzędzę bez powodu? ;)
Sorry za wszystkie powtórzenia i niegramatyczne zdania, ale robię się coraz gorsza w długich formach wypowiedzi;)