wtorek, 31 grudnia 2013

Proteinki, proteinki...czyli recenzja mlecznej maski.

Ostatni dzień roku, to i ostatnia recenzja ;-) Tym razem mlecznej maski z elastyną od BingoSpa.


Przyznaję, że tej maski Bingo byłam najmniej ciekawa. Proteinowe maski służą mi tak sobie, więc nie miałam parcia ''muszę ją mieć jak najszybciej''. Ale i tak wiedziałam, że kiedyś do mnie trafi ;)


Skład ma stosunkowo krótki, wysoko mleczne proteiny, kolagen, elastyna. Końcówka składu nieco brzydka, wrażliwym głowom może się nie spodobać. Mi nie przeszkadza, tej maski nie zamierzałam stosować na skórę głowy...



... mimo, że wg opisu można ;)

Zapach i jej konsystencja jak zawsze, tradycyjnie ''typowa dla tych masek'' ;) Ja bardzo lubię takie kremowe, gęściejsze maski, przyjemnie się ją nakłada na włosy.


Działanie tego kosmetyku oceniam na bardzo fajne, jeśli nie stosuję jej zbyt często. Raz na jakiś czas zapewnia kosmykom jedwabistość, gładkość i zdrowy wygląd. Nie obciąża. Zaufałam jej na tyle, że wylądowała dziś na głowie, przed imprezą Sylwestrową ;-) 
Nie sądzę jednak, żebym wróciła do niej ponownie - są maski, które zrobiły na mnie większe wrażenie, np. ta z błotem karnalitowym.

Tym samym mogę powiedzieć, że przetestowałam już wszystkie maski Bingo ;-) Niedługo zrobię zestawienie wszystkich masek, a jeśli ktoś jest ciekawy, tu jest garść maskowych recenzji :))




Życzę Wam dzisiaj udanej nocy, niezależnie jak ją spędzacie!!! :-)





piątek, 27 grudnia 2013

A może jakaś wymiana...? ;-) Beckham, Signature Women.

Kupiłyście sobie kiedyś perfumy (w zasadzie przyjęło się wszystko nazywać perfumami, nawet wody toaletowe ;) ), które przestały Wam się podobać po 2 tygodniach? Ta przykra historia nie ominęła i mnie ... ;-) Okazało się, że zapach, który na początku ogromnie mi się podobał - w końcu nie bez powodu go kupiłam ;) - teraz całkiem mi obrzydł ... 

Same zresztą pewnie wiecie jak to jest, kobieta ze zmienności słynie ;-)

W każdym razie ... Po co się u mnie mają kurzyć? Może akurat czyta mnie jakaś fanka tego zapachu :-)


Przepraszam za jakoś zdjęć, ale już było ciemno ;) Ewentualnie gdyby ktoś chciał dokładnie oglądnąć buteleczkę, mogę zrobić lepsze zdjęcia. Zużycie wody widoczne poniżej . Buteleczka ma 30 ml.


Nuty zapachowe:
nuta głowy: anyż, zielone jabłko
nuta serca: orchidea, wanilia, heliotrop
nuta bazy: paczula, bursztyn, piżmo.


Na co się wymienię? Chętnie na inne perfumy, ostatnio odczuwam obsesję na Calvina Kleina ;-) Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to już inny przedział finansowy, ale zawsze da się jakoś dogadać :) Zbieram też kasę na inne perfumy, więc gdyby ktoś był zainteresowany kupnem, nie ma problemu.

Jeśli ktoś nie chce przez komentarze poniżej, proszę pisać na maila - phideaux18@gmail.com.

Moja strona wymiankowa jest dość biedna, ale może przy okazji kogoś coś zainteresuje:

Pozdrawiam :)))


czwartek, 26 grudnia 2013

Grejpfrutowa kąpiel z solą od BingoSpa :)

Wielokrotnie na blogu powtarzałam, że kocham cytrusowe zapachy. Wprawiają mnie w dobry humor i przywołują letnie wspomnienia :) 

Sól do kąpieli z BingoSpa spodobała mi się już z obrazka ;)


Sama 550 gramowa puszka wygląda może nieco tandetnie, tzn. kojarzy się z takim najtańszymi kosmetykami na sklepowej półce. I faktycznie, sól jest taniutka - w sklepie Bingo kosztuje 6-7 zł ( w tej chwili widzę, że 6). 


Sól ma moim zdaniem obłędny zapach. Po odkręceniu nakrętki w nos uderza intensywny aromat grejpfruta i innych cytrusów. Oczywiście nie musi się każdemu podobać, w moje upodobania trafił :) Kąpiel z użyciem tej soli jest bardzo aromatyczna, czuć ją nawet poza łazienkę ;-) 


Jeśli chodzi o sole do kąpieli, nie mam wielkich wymagań. Ma pięknie pachnieć i nie może zanadto wysuszać skóry. Kosmetyk z Bingo spełnia te punkty, ponadto jest tani jak barszcz. Znalazłam już tę sól w sklepie niedaleko mnie, więc pewnie będę często do niej wracać. 

Oprócz zastosowania jej w tradycyjnej kąpieli, powkładałam też do szaf z ubraniami woreczki wypełnione pomarańczowymi kryształkami, żeby ładnie pachniało ;-) 


Ogólnie nie jestem jakąś wielką fanką soli do kąpieli - wolę płyny, bo się pienią ;) Ten produkt jednak zdobył moje serce ze względu na ezgotyczny, przyciągający zapach.








poniedziałek, 23 grudnia 2013

Włosy w grudniu, niespodzianka od Helfy i mały włosowy zakup, czyli post miszmasz :)

Uwielbiam niespodzianki ;-) Rozpakowywanie paczki o nieznanej zawartości to wręcz miód na serce :-D Tym razem Mikołajem okazał się sklep Helfy :) 


O maskach w pudrze mam dobrą opinię, odkąd przetestowałam Kapoor Kachli - naprawdę świetnie działała na moje włosy. Mam nadzieję, że Amla okaże się równie dobra, na razie wylądowała raz na włosach ;))


Przyspieszenie porostu by się przydało, bo właśnie dziś podcięłam końcówki i nie mogę się do siebie przyzwyczaić. Już płaczę za tymi 2 centymetrami :-P


Kredka do oczu Kajal. Ładnie podkreśla oczy.


Uroczy pierniczek, jeszcze nie wiem, czy zjeść, czy zostawić sobie jako ozdobę ;)

Bardzo miło dostać taką paczuszkę z zaskoczenia, dziękuję serdecznie!

W zasadzie nieaktualne już zdjęcie, włosy przed podcięciem :-(


Włosy są po mieszance Amli i odżywki rokitnikowej i według mnie nieźle się prezentują :) Może jedynie końce miałam nieco przesuszone. Myślę, że Amla bardziej się nada na skórę głowy i tak do połowy włosów ;)

Mam nadzieję, że negliż Was nas nie oburzył :-D Dopiero na tym zdjęciu w pełni zobaczyłam, że moje włosy już wcale nie są takie krótkie. Pewnie dlatego roztropnie doszłam do wniosku, że pora je ściąć ... :p A tak serio końce były już bardzo połamane i cienkie - nie obcinałam ich pół roku! Bardzo się przywiązałam do ich długości i pewnie dlatego teraz mi się wydaje, że są o połowę krótsze ;) Zdjęcia na razie nie pokazuje, bo nie chcę przerazić się ile straciłam wizualnie z długości :D

Mam nadzieję, że będą szybko rosnąć i m.in Amla mi w tym pomoże. Dostałam też inny fajny produkt działający na cebulki, więc w styczniu muszę odrobić te 2 cm ;))

Będąc dziś w rodzinnym mieście zajrzałam kontrolnie do Drogerii Kosmyk (zawsze tam wchodzę bez konkretnych zamiarów) i wyszłam z nowym serum do końcówek. 
Te olejki to chyba nowość :




Ja wybrałam wersję z macadamią, arganem i ylang-ylang. Nie mam pojęcia, co prawda, jak ylang-ylang zawarty w kosmetyku ma stymulować porost włosów i je odbudowywać, skoro to tylko typowy silikonowy zabezpieczacz do końcówek, ale mniejsza z tym :-D Oprócz silikonów w składzie ma także tytułowe olejki. Wydał mi się sympatyczny, sprawdzimy :) Kosztują ok. 6.50 jeśli się nie mylę. 

Już jutro Wigilia, ten rok zleciał mi niesłychanie szybko ... Mam nadzieję, że każda z Was będzie miała piękne Święta :-)

Wesołych!





Jeszcze kilka dni do rozwiązania konkursu!

Kochane, to już ostatnie dni konkursu z firmą Seboradin. Gorąco zachęcam do wzięcia udziału i zgarnięcia wybranej przez siebie kuracji Seboradin. Zgłoszeń jest malutko, więc szanse na wygrane bardzo duże :-)


czwartek, 19 grudnia 2013

Ekstrakt proteinowy do włosów BingoSpa - jak się sprawdził?

To chyba moja pierwsza odżywka z BingoSpa, dotąd miałam tylko maski. Byłam ciekawa, jak sprawdzi się na moich włosach coś lżejszego, przeczytałam też o niej dość dobre opinie. Wybrałam ją z świadomością, że moje włosy z proteinami lubią się tylko tak sobie i tylko od czasu do czasu ;-) 

Zapraszam do zapoznania się z moimi wrażeniami :-))


Podoba mi się estetyczna biało-różowa butelka, a zwłaszcza jej zakończenie z praktyczną pompką. Kosmetyk ładnie wygląda w łazience, moim zdaniem tak profesjonalnie ;) Cena odżywki jest jednak całkowicie na ludzką kieszeń - za 500 ml produktu zapłacimy jedynie 16 zł. 

Skład odżywki jest bardzo, bardzo typowy do większości masek Bingo. Zbiór tych samych ekstraktów, o których pisałam już choćby w tej czy tej recenzji, więc nie będę się powtarzać :) W tym wypadku większe różnice to jedynie zawartość protein jogurtu i jedwabiu.




Ja odżywki używałam klasycznie na 15 minut. Raczej nie używałam na skórę głowy. Konsystencja odżywki nieco mnie zdziwiła, jest bardzo wodnista i leista. Nie przepadam za tym, bo wtedy nie mam wyczucia, ile jej nałożyć na włosy. Wydaje mi się jednak, że konsystencja może się różnić w poszczególnych butelkach, np. na zdjęciu Eve wygląda o wiele bardziej kremowo i gęściej, u mnie jest megaleciutka i rozpływająca się. 


Zapach również jest typowy dla kosmetyków do włosów Bingo, niektórzy go nie lubią, dla mnie jest neutralny. 

A jak najważniejsze, czyli działanie? 

Odżywka sprawdza się naprawdę dobrze, jeśli pamiętam, żeby z nią nie przesadzić :) Czyli nie mogę jej użyć np. 3x pod rząd, bo włosy bardzo szybko się przesuszą i będę wyglądać tak, jak nie cierpię. Raz na tydzień - jest super, włosy mają więcej objętości, błyszczą, są lekkie i miłe w dotyku. Byłam w sumie nawet zdziwiona, że taka ''lekka w formie'' odżywka tak dobrze działa ;-) 
Przyjemny kosmetyk, ale raczej nie wróciłabym do niego drugi raz - moje włosy mogą bez niego żyć, a jest tyle nowości do testowania ... ;-)

Więcej o ekstrakcie przeczytacie pod tym linkiem.




...........................................................................................................



Ostatnio dałam Wam znać o zmianach składów rosyjskich kosmetyków. Napisałam w tej sprawie do Skarbów Syberii i zachowali się naprawdę w porządku - zapraszają do zadawania  wszystkich pytań, które nas nurtują w tej kwestii. Zostaną one później przetłumaczone i wysłane do Natura Siberica.




wtorek, 17 grudnia 2013

Niemiłe doniesienia z rosyjskiego frontu ... Zmiany składów.

Wielokrotnie na moim blogu polecałam rosyjskie kosmetyki, a zwykle recenzje aż kipiały od zachwytów. Nie było w tym krzty przesady - naprawdę uważam, że w większości to wspaniałe kosmetyki, moje włosy reagują na nie entuzjastycznie. Ceniłam też zawsze ich bogate, naturalne składy. 

Dlatego poczułam się mocno nieswojo, gdy przeczytałam o zmianach składów i lekko podejrzanych kombinacjach z nalepkami ...

Chodzi mi o te posty dziewczyn:


Tu Ciasteczko zorientowała się, że jej szampon i balsam z Natura Siberica ma nie tylko odmienny skład od podanego na KWC i wielu blogach, ale także różniący się od tego ze strony sklepu!  

Muszę powiedzieć, że osobiście ogromnie bym się zirytowała.Zwłaszcza tym balsamem! Jasne, nie ma najgorszego składu, ale silikon, quaternium i polyquaternium widniejące tak wysoko skutecznie by mnie zniechęciły do jego kupna. Jednak od rosyjskich kosmetyków oczekuję czegoś więcej ... Czyżby producent uznał, że i tak nikt się nie zorientuje? Przyznam, że ta myśl mnie najbardziej irytuje. Nie ukrywajmy, że kosmetyki zostały rozreklamowane właśnie przez blogi - także przeze mnie - robota została wykonana, więc można zmieniać składy i tak się będzie sprzedawać, bo machina została już rozkręcona... W tym momencie tak to odbieram. 

Tutaj o zmianie składu szamponu neutralnego, który był hitem dla wielu z Was (osobiście nie używałam) i odpowiedź sklepu kalina:


Fragment:

Ma Pani rację, błędem jest, że nie poinformowaliśmy o zmianie składów szamponów i odżywek firmy Natura Syberica. W lipcu tego roku weszły w życie nowe przepisy obowiązujące w Unii Europejskiej, a dotyczące importu kosmetyków. Natura Syberica musiała przygotować w związku z tym nową dokumentację i przeprowadzić tzw. notyfikację produktów. Postanowiła, że na rynek europejski  będą produkowane kosmetyki w opakowaniach z angielskojęzycznymi opisami i niestety, ale kosmetykom zmieniono przy tym "kosmetycznie" składy. SZKODA!!! Mamy teraz to co mamy. Swoją negatywną opinię wysłaliśmy już do producenta i być może w przyszłości coś się zmieni. Pewnie nie szybko, bo na nową dokumentację i notyfikację NS wydała ponad milion euro(...)

No ale dobra, zmiany składów, nikt o tym jasno nie informuje, dopóki nie zaczyna się robić szum ... Teraz już wiadomo, że trzeba bacznie patrzeć na skład podany na stronie sklepu... Ale TO mnie naprawdę wkurzyło:


Tu akurat bohaterem jest maska Ruska Bania. Sama jakiś czas temu śliniłam się do wersji miód i leśne jagody. Okazuje się, że skład podany na polskiej etykiecie mocno różni się od oryginalnego składu ... Jeśli ktoś nie zna rosyskiego, jak ja, zapewne nigdy by  się nie zorientował.

A tu jeszcze podobna sprawa z peelingiem z Ruskiej Bani:


Nie chcę uogólniać, ale w tym wypadku wydaje mi się, że do wszystkich produktów z Ruskiej Bani należy podchodzić sceptycznie - chyba, że komuś nie zależy na zgodności przetłumaczonego składu z oryginalnym. 

Ta ostatnia sprawa chyba mnie najmocniej wkurzyła, bo mamy tu do czynienia ze zwykłym oszustwem... 


Ufff .... Na koniec: Nie wpadajmy w panikę! :-)) Osobiście nie zamierzam przekreślać WSZYSTKICH rosyjskich kosmetyków, z pewnością w wielu z nich skład pozostał nietknięty. Nadal zamierzam je kupować, używać i recenzować, ale teraz z pewnością będę wybierać ostrożniej. Pamiętajcie, żeby teraz przy kupnie kosmetyku nie sugerować się tylko i wyłącznie składami i efektami opisywanych na blogach, a przede wszystkim sprawdzać, jaki sklep podał skład na swojej stronie. Produkt, który nie zgadzał się z opisanym na stronie, spokojnie można zwrócić. Ja z pewnością nie skuszę się na żaden z balsamów NS, jeśli wszędzie zostały zmienione składy.

Ale ... Niesmak pozostał. W życiu bym się tego nie spodziewała, jednak miałam naprawdę duże zaufanie do tych kosmetyków. A mogło być tak pięknie.


Patrzcie więc uważnie, co kupujecie, ale nie zrażajcie się już tak całkiem ;-) Jest tyle perełek wśród rosyjskich kosmetyków, że doprawdy byłoby szkoda!



.......................................................................................................................................


                                                             Zapraszam również na konkurs





i ... może ktoś chce sobie zrobić prezent na Gwiazdkę ;)

Dopuszczam też jakąś ciekawą wymianę :)











sobota, 14 grudnia 2013

Zmatowienie od zaraz! Recenzja cynkowej maseczki do twarzy BingoSpa.

W najbliższym czasie możecie spodziewać się na blogu serii recenzji kosmetyków otrzymanych od BingoSpa. Testuję je już od jakiegoś czasu i w większości mam wyrobioną opinię :) Na pierwszy ogień leci cynkowa maseczka z aloesem, lnem i rumiankiem, o której już tutaj wspominałam. Od razu zrobiła na mnie dobre wrażenie i w zasadzie najczęściej lądowała na twarzy przez ostatni miesiąc. 


Poleciła mi ją kiedyś kascysko na bogerskim spotkaniu i od tego czasu miałam zarejestrowane, że muszę ją przetestować. Do tego momentu miałam doświadczenie tylko z jedną maską od Bingo - ze 100% olejem sojowym, która okazała się bardzo słaba. Nie szkodziła, ale też nic nie robiła, więc to byl taki produkt co niewiadomocoonimsądzić.

Cynkowa jest o niebo lepsza! Wybrałam ją do testów zachęcona oczywiście działaniem antytrądzikowym. Każdy zresztą chyba używał typowej pasty cynkowej na miejscowe wypryski, taniego jak barszcz produktu do kupienia w każdej aptece. Mi osobiście klasyczna pasta cynkowa nic nie pomagała. 


Skład jest całkiem ok, ale na końcu mamy parabeny, których niektórzy unikają. Podoba mi się, że skład jest w miarę krótki, a tytułowy cynk wysoko.

Konsystencja maseczki jest ciekawa. Mam skojarzenia z pastą do zębów, może tylko bardziej lekką :-D Żeby było zabawniej, maska też pachnie jak pasta do zębów ;-) 


Niewątpliwym atutem tego kosmetyku jest jego wydajność. Żeby wysmarować całą twarz wystarczy dosłownie tyle produktu, ile nabierze mi się na palec... Bardzo łatwo się rozprowadza. Mam wrażenie, że starczy mi na sto lat ;) Mimo regularnego stosowania nie widzę szczególnego ubytku w pojemniczku. 


Maseczkę stosowałam na oczyszczoną twarz na ok.15-20 minut. Nakładałam raczej cienką warstwę, czasem dołożyłam trochę więcej na świeże wypryski, żeby je podsuszyć. 

Pierwsze stosowanie .... Ała, to piecze! ;-) A może nie tyle piecze, co ma się uczucie takiej silnej świeżości, jeśli wiecie, co mam na myśli ;-) To zapewne działanie tlenku cynku. Przyznam, że miałam obawy, że maseczka podrażni moją twarz. Bardzo intensywnie ją czułam, a zwykle ponosi się tego konsekwencje :-D Ku mojemu zdziwieniu, po zmyciu maski nie było nawet śladu zaczerwienienia na twarzy. Efekty były wręcz odwrotne. Cera wyglądała bardzo ładnie - odświeżona, widocznie zmatowiona, drobniejsze niedoskonałości mniej widoczne. Szczególnie to zmatowienie mi się spodobało, dawno nie miałam maseczki o takim działaniu.

Maseczka lekko zastyga na twarzy i nie zmywa się całkiem bezproblemowo. Zwykle nawet gdy mi się już wydaje, że zeszło wszystko, jeszcze znajdę białą plamkę z boku nosa czy policzka ;)

Czy pomaga na trądzik? Mi na pewno nie zaszkodziła, cera wyglądała ładniej, jeśli chodzi o koloryt, podsuszała też świeże wypryski. Na pewno nie ma magicznego działania, ale może wspierać walkę z trądzikiem.


Podsumowując...Bardzo udany produkt, który mogę szczerze polecić. Tym bardziej, że  kosztuje GROSZE zważywszy na ilość i wydajność maski - 12 zł za 150g.

Minusy? Nalepka, która szybko zaczyna wyglądać paskudnie - zresztą nawet na zdjęciach widać plamki. Po niedługim czasie kosmetyk zaczyna wyglądać nieestetycznie. 

Więcej o produkcie możecie przeczytać tutaj.

Miłej soboty! :))

A piętro niżej możecie się zgłaszać do KONKURSU.

piątek, 13 grudnia 2013

Weź udział w konkursie i wygraj wybraną przez siebie kurację Seboradin!

Hej, hej :) Idą Święta, więc bardzo się cieszę, że razem z marką Seboradin sprawimy Wam mały prezent :-) 


Do wygrania jest wybrana przez siebie kuracja Seboradin do włosów. Do wyboru są:

Kuracja z czarną rzodkwią (obecnie używam i jestem zadowolona)
Kuracja z naftą kosmetyczną
Kuracja regenerująca 
Kuracja przeciwłupieżowa
Kuracja przeciw wypadaniu włosów
Seboradin do jasnych włosów (farbowanych na blond)
Seboradin do ciemnych włosów (farbowanych na ciemno)

Więcej o kuracjach możecie przeczytać TUTAJ i wybrać dla siebie tę najlepszą :-)

Zasady konkursu są banalnie proste. Wystarczy:

1.Polubić na FB Moc Włosów (obowiązkowe)
2. Odpowiedzieć na pytanie : Którą z kuracji Seboradin chciałabyś otrzymać i dlaczego? (obowiązkowe)
3. Można udostępnić zdjęcie konkursowe na FB lub zamieścić banerek na blogu, podaj link (opcjonalnie, za dodatkowe 2 punkty). 
4. Podaj mail.

Konkurs rusza od dziś i trwa do 27.12.2013. Ktoś zacznie Nowy Rok z nowymi produktami do włosów ;)

Zachęcam serdecznie do wzięcia udziału! 

Wzór:

Lubię Moc Włosów na FB jako ...
Odp. na pytanie konkursowe...
Udostępniłam/zamieściłam zdjęcie (link)...
Mail....


niedziela, 8 grudnia 2013

Jak skorzystałam z Dnia Darmowej Dostawy? ;-)

02.12.2013 zapewne wiele blogerek poczyniło kroki, aby opustoszyć swój portfel ;-) Mowa oczywiście o Dniu Darmowej Dostawy. Pamiętam, że rok temu go przegapiłam - teraz na szczęście blogi przypomniały mi o tym w porę ;-) 

Zdecydowałam się na zakupy w Minti Shop i o dziwo, są to zakupy zupełnie niewłosowe ;-) Kusiło mnie oczywiście to i owo w rosyjskich sklepach, ale stwierdziłam, że mam duuużo za dużo do zużywania. 


Skromnie, ale ja jestem zadowolona :-)

W Minti Shop ogromnie spodobał mi się bogaty asortyment. Znalazłam tam nie tylko dużo kolorówki, ale i np. szczotki TT czy woski Yankee Candle ;-) Dobrze się złożyło, bo od jakiegoś czasu  chodziła mi po głowie jakaś paletka Sleek (mam tylko Bad Girl) i woski zapachowe YC, które ZBYT skutecznie reklamują się na blogach ;) 
Sklep uruchomił darmową dostawę już od 01.12 od godziny 18, z tego co pamiętam. Przed tą godziną miałam czas zapoznać się dokładnie z ofertą i zaplanować zakupy.... które zrealizowałam ostatecznie gdzieś po północy ;) Bo, jak można się domyślić, serwer padł i nie dało się kompletnie przeglądać strony ani wykonać żadnego ruchu. 

Przesyłka doszła do mnie w idealnym stanie 06.12 (pieniądze wpłaciłam 02.12). Każdy produkt owinięty był w miękki zielony papier, a wszystko razem w folię bąbelkową.. 

Najbardziej martwiłam się o paletkę ;-) Ale wizja roztrzaskanych cieni była jak zwykle tylko wytworem wyobraźni :-P Muszę powiedzieć, że niesamowicie się z niej cieszę, a najlepsze, że wcale nie planowałam kupić akurat TEJ :-D Szczerze, to polowałam na The Original! Okazała się jednak niedostępna, co początkowo bardzo mnie rozczarowało ... Zaczęłam przeglądać inne paletki i najbardziej urzekła mnie Celestial. Widziałam ją już wcześniej na blogach, spodobała mi się, ale nie było to uczucie w stylu ''muszę ją mieć jak najszybciej''. 

Nie żałuję :-)




Kolory są absolutnie moje. Bardzo często używam niebieskości i fioletów w makijażu. W zasadzie widzę w tej paletce trzy cienie, których pewnie prawie nie będę używać i są to wszystkie trzy matowe :-P Najbardziej podoba mi się pierwszy rząd.


Na początku bałam się, że będzie zbyt iskrząca, brokatowa, ale na powiece cienie nie wyglądają już tak sylwestrowo ;)


Kosztowała 37,49. 

Trafiła się też okazja zrobić zapasik mojego podkładu, więc bez wahania wrzuciłam do koszyka. Był w promocji za 29.99 :))


180 Sand Beige do cery tłustej i mieszanej. Na zdjęciu wyszedł trochę pomarańczowo, ale taki nie jest ;)

I na końcu woski Yankee Candle, które chodziły mi po głowie od dawna. Chciałam sprawdzić ich fenomen.


Przetestowałam już wszystkie i jestem absolutnie zauroczona Loves Me Loves Me Not. Gdy czytałam opinie, że paląc go można się przenieść na ''łąkę pełną kwiatów'', uznawałam to za mocno przesadzone ;-) Teraz przyznaję, że tak właśnie jest! Niesamowity, wiosenny, piękny zapach. Na jakiś czas w moim pokoju pachnie prawdziwą wiosną :)) Najbardziej wyczuwam w nim konwalie, nie stokrotki ;)

Niewypałem za to okazał się Snow in Love. Miał być las zimą, a dla mnie to męskie perfumy, od których mnie mdli. Na pewno już go nie zapalę, mimo że mojemu chłopakowi się podoba ... Może ktoś chce się wymienić? Tylko trochę go ukruszyłam ;) (wosk, nie chłopaka :p).

A Wy na co się skusiłyście w DDD? :))



środa, 4 grudnia 2013

Aktualizacja włosów po 2 miesiącach.

Dawno już nie robiłam aktualizacji włosów - nie było okazji, albo włosy miały klasyczny zły dzień. Wczoraj wreszcie się udało :)


Jestem ogólnie zadowolona z ich stanu, choć ostatnio je zaniedbałam. Przede wszystkim zapominam o wcierkach i wspomaganiu wewnętrznym, a bez tego kij z przyrostu ;-) I faktycznie, na zdjęciach szału nie ma. 'Na żywo'' wydaje mi się jednak, że są coraz dłuższe ;-) Zdjęcie z listopada zostało też zrobione trochę inaczej, ''dalej'', więc nie widać wyraźnie ile urosły. Muszę w grudniu się za nie wziąć, zwłaszcza, że planuje minimalne podcięcie, żeby nabrały życia ;-)

Nie wprowadziłam wiele nowych kosmetyków - w sumie tylko serię Seboradin z czarną rzodkwią.


Muszę też wrócić do skrzypopokrzywy i siemienia lnianego.



Przy okazji, skusiłyście się na coś w dniu darmowej dostawy? ;) Ja czekam na małe zamówienie z Minti Shop i już nie mogę się doczekaaaać :D


wtorek, 3 grudnia 2013

Po 1,5 miesiąca z Epiduo - wstępne wrażenia.

Gdy dermatolog przepisał mi żel Epiduo, od razu zaczęłam szukać o nim informacji w Internecie. Okazało się to średnio mądrym posunięciem ;) Przeczytałam tak ''wspaniałe'' opinie na jego temat, że odechciało mi się zaczynać kurację ... 

No ale moja cera była (jest) w takim stanie, że COŚ robić musiałam. Kupiłam. Bagatela, 42 zł. Byłam w kilku aptekach i ceny wahały się od 42 do nawet 50 zł. Najtaniej znalazłam na doz za 39.99 i tam chyba najbardziej opłaca się kupić. Cena nie jest rzecz jasna najważniejsza, osobiście wydałabym o wiele więcej, gdybym miała pewność, że lekarstwo mi pomoże. Ale w leczeniu trądziku czuję się dosłownie  jakbym macała ścianę na ślepo ..


Tak jak wspomniałam, przeczytałam o nim straszne rzeczy. Że twarz się łuszczy, piecze, jest zaczerwieniona, że podkładu nie idzie nałożyć, bo się roluje. No i klasycznie, że na początku może wyciągać wszystkie syfy na wierzch. Lepiej nie czytać ;)

Dermatolog mi zalecił stosowanie maści 3-4 razy w tygodniu, nakładanie cieniutką warstwą i obowiązkowo odczekiwać pół godziny między umyciem twarzy, a nałożeniem specyfiku. Wiedziałam też, że mam zadbać o odpowiednie nawilżanie.
 Epiduo nakładam tylko w najgorsze rejony - okolice ust, podbródka, żuchwy.


Początki były bezproblemowe. Nie czułam żadnej reakcji skóry po nałożeniu żelu, pieczenia czy innych nieprzyjemnych objawów. Stosowałam się do zaleceń dermatologa, po 2 dniach nakładania Epiduo robiłam sobie dzień przerwy itp. Może gdzieś po 10 dniach (czyli powiedzmy 5-6 aplikacjach) zobaczyłam, że skóra jest bardzo napięta, sucha i zaczyna się łuszczyć. Wtedy zaczął się bardzo nieprzyjemny etap - skóra zaczęła wyglądać beznadziejnie. Bardzo zaczerwieniona i piekąca, czułam się niemal, jakby żel ''wyżerał'' mi twarz ;) Nie był to dobry okres. Nałożenie podkładu i pudru było koszmarem - wszystko rolowało się w tych miejscach, gdzie działało Epiduo. Wyglądałam jak ofiara, która nie umie odpowiednio nałożyć podkładu. Nie mogłam jednak z tego zrezygnować, gdy wychodziłam do ludzi - moja cera bez makijażu wyglądała jak pole bitwy. Gdy miałam wolne, oczywiście dawałam skórze odpocząć. 

Po 3-4 tygodniach stosowania zaczął się JESZCZE gorszy etap. Zaczęło mnie wysypywać. Wcześniej miałam wrażenie, jakby Epiduo wypaliło mi wszystkie pryszcze, a na tym etapie musiałam zmagać się z wielkimi stanami zapalnymi, których za cholerę NICZYM nie dało się przykryć. Gdy patrzyłam rano na swoją twarz w lustrze, miałam ochotę poddać się przeszczepowi skóry. 

I wtedy postanowiłam wykupić antybiotyk, który przepisał mi dermatolog razem z Epiduo. Nie chciałam go brać, bo naprawdę jestem źle nastawiona do antybiotyków. Uznałam, że na razie poczekam. Liczyłam, że może Epiduo solo zadziała na tyle dobrze, że antybiotyk okaże się zbędny. 


Było mi już jednak wszystko jedno, czy będę miała po nim jakieś skutki uboczne ... Tak jak lekarz zalecił, na początku brałam po jednej tabletce na dobę, później połówkę. Teraz zaczęłam już drugie opakowanie. I muszę powiedzieć, że pomaga.  Bardzo wyciszył cerę. Te okropne stany zapalne szybko zaczęły znikać. Zaznaczę, że cały czas smarowałam się Epiduo, ale mimo to wiedziałam, że to antybiotyk jest sprawcą tego ''cudu''. 
Przez okres brania go nie wyskoczył mi ani jeden pryszcz. Moja cera znacznie się uspokoiła, ale i tak wygląda okropnie, mam pełno śladów po pryszczach, małych zaczerwienień itd (nie wyciskałam!). 

Skóra zaczęła się też chyba przyzwyczajać do Epiduo, bo w tym momencie nie zmagam się już z łuszczeniem, pieczeniem i tym podobnymi atrakcjami. Nałożenie podkładu również zrobiło się łatwiejsze ;) Cera znacznie się wygładziła, gdybym sugerowała się tylko tym, co czuję po palcami, mogłabym się łudzić, że mam ładną twarz ;) Niestety, wystarczy spojrzeć w lustro.  

Kuracje oczywiście zamierzam kontynuować, bo co to jest 1,5 miesiąca w leczeniu trądziku - nic! Na pewno kupię kolejną tubkę Epiduo, gdy ta mi się skończy, ale nie chcę brać Unidoxu w nieskończoność. Chciałabym skończyć na tym drugim opakowaniu. 

Czy macie jakieś doświadczenia z Unidoxem? Mam nadzieję, że ktoś przebrnął przez tą wyczerpującą relację :-D




wtorek, 26 listopada 2013

Trochę piękna, by jesień tak nie bolała - nowości :)

Hej ho, bo zima za oknem ... A ja nadal nie mam zimowych butów ;) Mój sprytny plan to kupić coś w styczniowych wyprzedażach. Tylko czy doczekam, gdy ona już atakuje, a ponoć ma być zimą stulecia? ;) 

Dziś chciałam Wam pokazać dwie ładne rzeczy, które umilają mi ostatnie dni. Pierwsza to upragniony, wymarzony różany olejek Khadi :-))) 

Nie wiem, co te oleje w sobie mają, ale kupują mnie w 100% :-D Wyglądają tak pięknie w swoich eleganckich opakowankach. Mimo że do tej pory z Khadi miałam tylko olejek stymulujący wzrost włosów, wszystkie inne oleje z tej marki budzą moje zaufanie już na starcie ;) Ale żeby nie było, w recenzji postaram się podejść do niego ''na chłodno'' :-D
Pomijam, że odpakowując go z paczki miałam banana na twarzy i ustawiłam go od razu w widocznym miejscu ... ;)


Opisywane właściwości ajurwedyjskiego olejku robią wrażenie. Ma m.in oczyszczać, złuszczać, tonizować, nawadniać cerę, a ponadto spłycać zmarszczki. Wpływa również pozytywnie na jasne blizny i przebarwienia, ma działanie antybakteryjne i ściągające. 



Ogólnie uznałam, że jest to olejek wprost dla mnie. Moja cera ostatnio jest paskudna i wymęczona Epiduo. Najgorsze już - chyba!- minęło, przestałam być czerwona i połuszczona, ale twarz wygląda kiepsko, jest właśnie taka wymęczona ... Do promienności jej dużo brakuje ;) 

Olejek ma przepiękny, ciemnoczerwony, nasycony odcień. Lubię się otaczać czerwonymi rzeczami :-D

Oczywiście wyśmienity skład:



Więcej o olejku możecie przeczytać tutaj. Nie ma o nim dużo opinii w Internecie, więc tym bardziej się cieszę, że mogę go przetestować i podzielić się swoimi wrażeniami. Czekajcie na recenzję :)


Na tę torebkę czaiłam się od dawna. Między zobaczeniem jej na wystawie, a kupnem minęło kilka tygodni ;) To cała ja, muszę podumać wieki, zanim coś kupię ;))

Zdjęcia nie oddają jej uroku, musicie mi uwierzyć na słowo, że jest piękna :-D





Jest ze mną dopiero od 5 dni, a czuję się, jakby była zawsze :-D Ogromnie mi się podoba. Kupiłam ją w Kemerze, w Galerii Solvay Park. Od dawna marzyła mi się porządniejsza torebka :) 


A z takich pierdółek, ostatnio byłam w Biedronce i kupiłam sobie taki słodki termofor :)))


Były jeszcze inne motywy, krówka i chyba kotek ;) Ja oczywiście musiałam wziąć coś czerwonego :) Cena ok. 16-17 zł.

Na jesień każdy przypomina sobie o paleniu świeczek. Kupiłam świecę o zapachu liczi i podgrzewacze śliwkowe. Śliwka ma naprawdę intensywny zapach, nie trafiłam na nią wcześniej.



Swoją drogę myślę o kupieniu wosków Yankee Candle (chyba za dużo ich na blogach ;) ). Znacie sklep w Krakowie, gdzie można je kupić stacjonarnie? Chciałabym się przekonać, czy te zapachy są naprawdę tak niesamowite.

To chyba wszystko ... Miłego dnia!